noc. coraz więcej nocy, coraz mniej dni. zawsze bałem się ciemności jak
wszyscy, teraz boję się inaczej. dzień wypełniony intensywnymi widokami,
zamulony trochę przydługim filmem utworzonym z żywych obrazów, filmem, w
którym dość rzadko skoczy do przodu jakiś urywek akcji, taki dzień
jednak zagłusza. rozbełtuje mozolnie świadomość. a noc wstrzymuje jej
chaotyczny, huśtawkowy ruch i powoli zamraża w szklistą bryłę. i nie ma
już ruchu, nie ma migotania fałszywych oraz prawdziwych cieni, nie ma
barw i antykolorowych powidoków, nie ma iluzji i omamień. jest tylko
ciasny ból zaciskającej się stabilności, jest tylko lodowatość trwania,
które, nie daj Boże, okaże się wieczne, jest tylko męka obcowania z
własną nachalną świadomością.
ileż warstw bujdy nosimy w sobie niczym cebulowych łusek. niektórzy wyglądają jak stare karczochy. prawda to jest instynkt gwałcony codziennie przez nas wszystkich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz