poniedziałek, 1 lipca 2013

idę ulicą, wymachując dużym, czarnym parasolem. słyszę za sobą dudnienie pojazdu zjeżdżającego ze wzniesienia, a po chwili mija mnie znajomy samochód z naklejką. myślę: no tak, kolejny niedzielny wieczór, i wyobrażam go sobie w pędzącym aucie, odtwarzam trasę, którą sama przemierzyłam na wakacjach trzy lata temu. zastanawiam się, przez jaką miejscowość właśnie przejeżdża, co może teraz widzieć, co czuć, czego potrzebować, a po jakimś czasie zauważam, że znalazłam się na obrotowym krześle, kiwam nogą i wpatruję się w zmierzch. na kilka godzin straciłam z oczu cały świat. moment niebezpośredniego kontaktu i jakimś sposobem znów zaczynam istnieć, by dawać mu siebie, żyć tylko w jego kontekście i dla niego. nie wiem, skąd ma aż taką władzę nade mną; może to dlatego, że nieroztropnie uczyniłam go swoim wybawcą. zgodnie ze starą, anglosaską tradycją, życie osoby, którą uratował, należy tylko i wyłącznie do niego.
gdy przemierzałam tę drogę w odwrotnym kierunku, pojedyncze krople mąciły gładkie tafle kałuż, światło odbijało się od mokrych chodników i asfaltu, a spod tego samego parasola wystawało piękno.

uważaj na niego, mała. koleżeństwo z nim nie byłoby warte swojej ceny. unikaj kontaktu; pamiętaj, że tracisz przy nim swoją wolność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz