próbuję wychwycić wzór migotania świateł, a potem już tylko obserwuję wieżowiec na tle ciemnoniebieskich, burzowych chmur i niespodziewanego 'niech się pani nie martwi, jutro będzie lepiej'. 'nie martwię się' - odpowiadam, niepewnie uśmiechając się do bezdomnego. po jakimś czasie zastanawiam się, czy wyczytał to coś z okładki książki czy mojego spojrzenia.
stan nazywany przeze mnie roboczo 'nieokreślonością' przechodzi w psychiczne mdłości. to tylko dwieście stron, ale Kuczok za bardzo przypomina mi to, co przeszłam jako dziecko, nastolatka, co zagrzebałam gdzieś za fasadą idealnego domu, w imię absolutnej lojalności wobec rodziny, absolutnego autorytetu rodziny; daleko za granicą miłości i wstydu. nie wiem, czy chcę zaglądać sobie pod strupy, przejeżdżać palcem po rozstępach i jeszcze raz upewniać się, że jestem monolitem. potrafię z tym żyć, zawsze jakoś potrafiłam, ale zostało we mnie dużo rozproszonego lęku i uwiązanej, wyuczonej agresji. zwierzę we mnie nie uchyla się, lecz atakuje, gdy intuicyjnie wyczuwa, że ktoś chce zrobić mi fizyczną krzywdę - mogłoby wtedy zabić i nie czuć z tego powodu wyrzutów sumienia.
ja naprawdę nie byłam zła, ale nawet jeśli bym była; trochę płaczę, gdy o tym piszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz