duszno. otrzepuję kolana z drobinek piasku, które powbijały się w skórę, i wychodzę do przedsionka. siadam przy
otwartych drzwiach, opieram policzek o szybę i nagle zauważam, że po listwie –
tuż przy mojej twarzy – spaceruje mikroskopijny, czerwony owad. nie odsuwam
głowy, ale wpatruję się w niego z ogromną uwagą. pamiętam, że te małe, ruchliwe
kuleczki widywałam bardzo często – najczęściej na betonowym murku przy garażu –
w dzieciństwie, gdy jeszcze mieszkałam w domu dziadków. do tej pory nie wiem,
jak nazywają się te robaczki; mogę jednak umiejscowić je w czasie i przestrzeni, czyniąc je
elementem precyzyjnego wspomnienia. tymczasem wiele rzeczy roztacza wokół
siebie mglistą aurę przeszłości, przywodząc na myśl coś innego, a jednocześnie
podobnego w swoim charakterze. samo wrażenie jest bardzo silne, ale nie sprawi,
że będę w stanie przypomnieć sobie konkretny oryginał ani okoliczności, w
jakich się z nim zetknęłam. w takich momentach staję się jednak czynem,
iloczynem, wieloczynem. chwytam za rękę poprzednią siebie, wpatrując się w
szary, duszny poranek i krople deszczu na oknie lub sztuczny kolor płynu do
czyszczenia szyb (lubię patrzeć na świat przez różnobarwne szkiełka).
zwielokrotniam się, rozkładam tak jak łańcuch-wycinanka, gdy podważam wieko blaszanej
puszki (zawsze robię to prawym kciukiem); gdy otwieram szafkę w kuchni i pachnie
mi światem, który opuściłam kilkanaście lat temu. w sklepach często zatrzymuję
się przy plastikowych elementach ubrań,
sztucznych kryształach i ozdobnych gumkach do włosów; zamieniam się w dotyk, nawiązując łączność ze wszystkimi małymi dziewczynkami, którymi byłam,
jestem i będę.
jestem świadoma tego, że nikt nie chce słuchać historii, które brzmią
abstrakcyjnie i siłą rzeczy muszą być wyrwane z łańcucha zdarzeń; że jak to w
ogóle brzmi: „popatrz, to robaczki z mojego dzieciństwa”. pewnie nie opowiem
tego mojemu przyszłemu mężczyźnie ani nawet siostrze. mam jednak potrzebę
pisania o – być może nudnawych – sprawach, które składają się na moją
tożsamość; tożsamość, która zaczęła rozrastać się po tym, jak przyszłam na
świat, a nie wraz z otrzymaniem jakiegokolwiek obywatelstwa. i „tak pachnie
Ameryka” wydaje mi się bardziej treściwe i dużo bardziej prawdziwe niż „jestem
Amerykanką”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz